•Księga gości•Dodaj do ulubionych• Profil•
Gdy po pewnym czasie tej niezmąconej niczym ciszy i pustki zasnęłam znów obudziłam się w pięknym trywialnym śnie…
Dźwięk telefonu wyrywa mnie ze słodkiego zamyślenia. Podnoszę komórkę a serce zaczyna tańczyć jak motyl po kwiatach. Naciskam przycisk odbierz i słyszę
- witaj Najdroższa, co porabiasz dziś wieczorem?
Chwilę zastanawiam się nad odpowiedzią po czym odparłam że nie mam żadnych planów.
- może przyjedziesz do mnie tak koło hmm…. Dwudziestej?
- no to jesteśmy umówieni – odparłam i odłożyłam słuchawkę.
Całe ciało przeszedł przyjemny dreszcz i serce mi mocniej zabiło ze szczęścia że chcesz się spotkać ze mną taką nic nie znaczącą osóbką. Ty szarmancki i kulturalny a jednocześnie zabójczo przystojny facet… nasze drugie spotkanie… znowu będę mogła patrzeć w błękit Twych cudownych oczu… Ach już się nie mogę doczekać!!!
Więc żeby czas szybciej upłynął postanawiam przygotować się do spotkania.
Najpierw kąpiel, potem fryzurka, wybieranie ciuszków, delikatny makijażyk i już gotowa mogę się do Ciebie wybierać….
Nogi mam jak z waty przychodząc pod Twoje drzwi a serce skacze jak szczeniak w schronisku po którego przyszedł nowy właściciel…
Oblewając się falami zimna i gorąca naciskam dzwonek i już po chwili o mało nie mdleję na Twój widok… Ubrany w garnitur, niebieską koszulę bez krawata wyglądasz nieodparcie pociągająco… Chwytasz mnie za rękę zapraszając do środka i witając przelotnym całusem w policzek jednocześnie wpychasz do pokoju nie pozwalając nawet ściągnąć kurtki. Zamykasz drzwi prosząc o chwilkę cierpliwości. Zdumiona muszę śmiesznie wyglądać stojąc na środku pokoju z rozdziawionymi ustami i wybałuszonymi oczami. Nim zdążyłam ochłonąć po tym dziwnym powitaniu wracasz i przepraszasz mnie za to że tak wyszło naprawiając swój błąd słodkim całusem prosto w usta jednocześnie odpinając moją kurtkę i pomagając mi ją zdjąć. Oszołomiona tym co się stało patrzę na Ciebie szeroko otwartymi oczami które wyrażają tylko jedno pytanie – o co chodzi?
Nie wdając się zbytnio w pogadanki prosisz mnie jeszcze o chwilkę cierpliwości i nie tłumacząc niczego znowu znikasz starannie zamykając drzwi.
Po raz drugi zostaje na środku pokoju, tym razem ze skaczącym sercem bo byłeś tak blisko, poczułam Twoje wargi na mych ustach, zapach Twojej wody toaletowej marki Davidoff i ciepło Twojego ciała. Zanim zdążyłam dojść do siebie wracasz z krawatem w ręce a ja zastanawiam się już tylko co kombinujesz.
- Przepraszam że to zrobię ale chcę żeby to była niespodzianka – mówisz stając za mną i zakładając mi na oczy krawat w postaci prowizorycznej opaski. Delikatnie chwytasz mnie za rękę drugą otaczając i starając się mnie powoli i ostrożnie prowadzić do drugiego pokoju.
- To nasze drugie spotkanie – szepczesz wprost do mojego ucha a mnie zalewa fala rozkosznych dreszczy i czuje że w żołądku zalęgło się stado nagle poderwanych do lotu motyli – i zastanawiałem się co by zrobić żeby wyglądało to na randkę… miałem Cię gdzieś zaprosić, ale… - urywasz robiąc wymowną pauzę i delikatnie ściągasz mi opaskę stając do mnie przodem i zasłaniając szerokimi ramionami wnętrze pokoju. Przede mną wyrasta bukiet złożony z jeszcze zamkniętych w pączki pięciu róż a Ty kończysz swoją przemowę
- ale po co skoro jestem kucharzem i możemy bez skrępowania siąść na spokojnie i zjeść w domu? - odsuwasz się pół kroku w bok zostawiając mnie z nosem w bukiecie i szklanymi ze szczęścia oczami którym ukazuje się na środku pokoju stojący stół udekorowany piękniej niż w nie jednej ekskluzywnej restauracji.
- Czy mogę Ci pomóc? – pytasz leciutko ściskając moją dłoń i prowadząc do krzesła które delikatnie odsuwasz robiąc mi miejsce abym mogła sobie wygodnie usiąść. Bierzesz bukiet i wkładasz do już przygotowanego wazonu. Gdy umoszczona już przy stole siedzę Ty znikasz a ja podziwiam to dzieło które tak harmonijnie dograłeś. Po chwili wracasz niosąc parującą wazę z której wydobywa się smakowity zapach. Jak fachowy kelner nalewasz aromatyczną zupę na mój talerz. Sam sobie również nakładasz i siadasz naprzeciwko.
- Mam nadzieję że będzie Ci smakować – mówisz a mi dech zapiera i potrafię powiedzieć tylko jedno
- Skąd wiedziałeś że tą zupę lubię najbardziej?
- Magia –odpowiadasz z tajemniczym uśmiechem a mnie przepełnia uczucie szczęścia i błogiej ekstazy na sam zapach żurku który paruje z mojego talerza.
Przy lekkiej rozmowie i przepysznej zupie mijają kolejne chwile po czym proponujesz drugie danie. Znowu znikasz a ja czekam z niecierpliwością co tam dobrego przygotowałeś.
Długo zastanawiać się jednak nie muszę bo szybciutko wracasz ze szklaną misą z której unosi się zapach lasagne. Boje się zapytać skąd wiesz, co ja lubię więc tylko z apetytem wcinam swoją porcję. Po skończonym posiłku nalewasz do lampek czerwone słodkie wino i podążasz w stronę wieży na płyty żeby zrobić romantyczny klimat.
- Gdzie ja położyłem tą płytę? – szepczesz sam siebie.
- Evanesens? Jest na samej górze położona napisem w dół – nie wiem sama skąd bierze mi się ta odpowiedź.
- Czy mogła byś nie czytać w moich myślach? – odwracasz się do mnie z dziwnym wyrazem zdumienia i zaskoczenia w oczach bo dobrze wiesz że nie miałam możliwości podejść i zobaczyć gdzie jest jaka płyta.
- O… faktycznie jest tam gdzie mówiłaś – odpowiadasz –czy mogę prosić do tańca?
Podchodzisz do mnie z wyciągniętą dłonią i czułością w spojrzeniu że nie potrafię się oprzeć.
Przytulasz mnie i zaczynamy lekko kołysać się w takt „My immortal”.
Jestem taka szczęśliwa będąc z Tobą tak blisko … czuję bijące od Ciebie ciepło, zmysłowy zapach dosłownie mnie zniewala a czar chwili wyzwala słodko pełzające po mym kręgosłupie dreszcze. Nie wypuszczając mnie ze swych silnych ramion odsuwasz się delikatnie czym sprawiasz że odchylam głowę do góry patrząc Ci prosto w oczy a Ty korzystając z chwili zatapiasz we mnie swe usta w gorącym namiętnym pocałunku. Uczucia płoną we mnie jak czarownica na stosie a ja mogę jedynie poddać się tej zmysłowej i extatycznej chwili. Jednak gdy pocałunek się kończy i znów patrzę na Ciebie oczyma pełnymi radości i miłości widzę jak z Twoich ust zaczynają wypełzać robaki i węże. Odsuwam się przerażona zmianą nastroju a Ty patrzysz na mnie jakby w wyczekiwaniu. Zaczynam krzyczeć i czuję narastające mdłości na widok obłych, oślizgłych robali które zalęgły już na podłodze i zmierzają w moim kierunku. Dociera do mnie że to wszystkie Twoje słowa, Twoje kłamstwa. Wskakuje na krzesło aby się jakoś przed nimi obronić ale one wszystkie z coraz większym pędem suną w moją stronę.
- Nie! – krzyczę – Zostawcie mnie! – ale one są szybsze i już zaczynają wpełgiwać na moje nogi. W jakimś pokracznym tańcu próbuje je strącić z ubrania ale wczepiają się we mnie miliardami haczyków i wiem że nie ucieknę przed nimi choć bym nie wiem jak bardzo chciała, tak jak nie potrafiłam uciec przed Tobą i kłamstwami którymi przez cały czas mnie karmiłeś.
- Dlaczego? Powiedz mi tylko dlaczego? Co ja Ci takiego zrobiłam albo co zrobiłam źle? – pytam się Ciebie ale Ty tylko wykrzywiasz usta w ironicznym uśmiechu nie dając mi żądanej odpowiedzi.
W panice dalej próbuje pozbyć się robactwa wybiegając z Twojego mieszkania ale te obleśne stworki są już coraz wyżej. Zasłaniają mi oczy, włażą do nosa i uszu, przewiercają mózg…
- zostawcie mnie – bełkoczę gdyż sama już dławię się robakami – błagam zostawcie!
Upadam i resztkami sił próbuje się ich pozbyć…
Wtedy gdy brakuje mi już nawet oddechu budzę się w pustym łóżku w cichym, ciemnym, ogromnym i przerażająco pustym domu gdzie nie ma ani jednego robaka ale jest wwiercająca się w duszę i serce samotność… wtedy z całą mocą dociera do mnie że już NIKT nigdy nie przyjdzie do tego mieszkania, że na zawsze pozostanę tu sama ze swoimi myślami, wspomnieniami i koszmarami…
Mazia
Nastrój:
tagi:
Kiedy nastał wieczór, w pokoju delikatnie rozgościł się mrok, obejmując wszystkie kąty i sprzęty w swe posiadanie. Powlokłam bezmyślnie dookoła oczami nie widząc tego co powinnam. Nie chce zapalać światła bo to rozproszy tę ciemność która zalęgła w moim mieszkaniu jak kotek w swoim koszyczku. Z westchnieniem powlokłam się do narożnej szafki po świeczki, aby wtłoczyć tu trochę jasności nie zabijając ciężkiej ciemnej zasłony nocnego cienia. Na oślep przez chwilkę szukałam, by po chwili poczuć pod palcami ten nierówny woskowy kształt. Podeszłam do stołu gdzie stał świecznik i odpaliłam knot. W pokoju zamigotał wesoły żółty słabiutki blask płomyka a mnie przeszył dreszcz rozpaczy i poczułam ogromne pieczenie łez pod powiekami… Czy ze wszystkich ukrytych w tej szafce świeczek musiałam wyjąć akurat ten podarunek od Ciebie? Ciężko siadam na łóżku i już nie mogę oprzeć się wspomnieniom które niby za sprawą pompy tłoczącej wpychają się do mej głowy…
To był przedostatni dzień który spędziliśmy razem… byłeś dla mnie wtedy taki czuły, miły
i delikatny… posadziłeś na swoich kolanach mocno przytuliłeś i powiedziałeś że nigdy nie byłeś taki szczęśliwy – tak kłamstwa gładko przechodziły Ci przez gardło tylko po to by dostać to czego chciałeś, niestety zrozumiałam to zbyt późno… obdarowując mnie żarliwym namiętnym pocałunkiem zakryłeś mi oczy dając do zrozumienia abym je zamknęła, a gdy się odsunąłeś włożyłeś mi w rękę podłużne pudełeczko… - co to? – zapytałam z coraz większym uśmiechem na ustach – otwórz sama zobaczysz, mam nadzieję, że Ci się spodoba ten drobny upominek – odparłeś
- z jakiej to okazji – dopytywałam dalej niecierpliwie szamocząc się ze wstążeczkami i kokardkami na pakunku.
- a to tak bez okazji, a właściwie dlatego że Cię kocham… zobaczyłem przypadkiem w sklepie i pomyślałem że Ci się spodoba…- odparł kładąc głowę na moim ramieniu.
Przestałam mordować się z rozpakowywaniem nagle zalana falą czułości i miłości do tego który tak ufnie jak dziecko tulił się do mej piersi. Objęłam czule Twoją głowę i ucałowałam delikatnie czoło po czym wróciłam do prezentu. Gdy otwarłam wieczko zobaczyłam prześliczny srebrny świeczniczek z rzeźbioną stópką na kształt różyczki oplatającej palik oraz czterema odnogami każda wyglądała jak rozłożony kwiat i zapas świeczuszek każda dwukolorowa do połowy biała od połowy czerwona.
W podziwie otworzyłam usta i delikatnie opuszkami palców dotykałam leżącego przede mną cudeńka… byłam taka szczęśliwa, nie z powodu prezentu, tylko dlatego że ktoś taki jak Ty myśli o mnie, kocha mnie, chce sprawić mi przyjemność a na dodatek wie co tak bardzo mi się podoba… Prezent trafił mi do gustu i do serca a ja trafiłam wprost w Twoje ramiona a potem do łóżka… Był to szalony i namiętny wieczór…
Taak… Był… I już nigdy taki wieczór nie powróci…
Ocknęłam się ze wspomnień skulona na łóżku z podciągniętymi kolanami pod brodę cała zalana łzami.
- Czy ja już nigdy nie przestanę myśleć o tym co przestało istnieć? – zadaję sobie, nie wiem nawet który raz już, to pytanie.
Wycieram oczy spoglądając na rozedrgany, leniwie kołyszący się płomyk świeczki.
- Tak nie można! – krzyczę do siebie, za odpowiedź mając jedynie ciszę która w bezruchu trwa wokół mnie. Nagle dociera do mnie że nie mogę dłużej siedzieć po ciemku bo to wyzwala we mnie te fale wspomnień, bólu i smutku. Wstaje i ostrożnie podchodzę do włącznika aby rozgonić ten zalegający dookoła mnie mrok. Naciskam pstryczek i w mgnieniu oka nie ma żadnego ciemnego zakamarka dookoła mnie tylko sprzęty które dzisiaj z taką zawziętością i bezmyśleniem czyściłam. Odetchnęłam, ale to mi nie wystarcza. Przechodzę przez cały dom zapalając wszystkie światła. Gdy docieram do ostatniego pokoju blady uśmiech przebiega przez moją twarz – no teraz wspomnienia czające się w mroku i kątach mnie już nie dopadną – myślę, po czym odwracam się i zamieram nagle ściągnięta zimnem na sercu które rozchodzi się po całym moim ciele i eksploduje w głowie…
Pusto… Jasno ale jakże pusto i samotnie tu bez Ciebie. Nie ma już tutaj Twojego zapachu, uśmiechu, fałszywej czułości a przede wszystkim obecności… Fala żalu nad samą sobą rozwija się w moim ciele osiągając rozmiar tsunami i w kulminacyjnym momencie zostaje wypuszczona oczami. Starając się nie zważać na rozmazany przez łzy obraz przed sobą, jak szalona biegnę przez pokoje gasząc światła i zapraszając w ten sposób mrok nocy do mojego domu. Po chwili już wolniej przechodzę przez pokoje sprawdzając czy wszystko zostało zgaszone. Tak w całym domu rozgościła się ciemność mrucząc do mnie jak kot który zamiast mleczka dostał ulubionej śmietanki. I na powrót cicho i ciemno. Przechodzę do pokoju w którym stoi moje łóżko, siadam na nim i przytulam do siebie poduszkę. Nie umiem już powstrzymać przerażenia sytuacją w jakiej się znalazłam – duży cichy, mroczny dom wołający do mnie z każdego zakamarka wspomnieniem tych chwil spędzonych tu z Tobą i każdym kątem jak palcem wytykający moją samotność. Odwracam się na plecy i spoglądam w sufit. Sufit krzyczy do mnie że już zawsze będę sama bo niczego nie potrafię, bo jestem do niczego. Ze strachem spoglądam w jego oko- lampę obecnie zgaszoną ale patrzącą na mnie z taką drwiną i szyderstwem, że już nie potrafię tego wytrzymać i wybucham po raz kolejny tego dnia nieprzerwanym rozdzierającym moje wnętrze i psychikę szlochem, jednocześnie odwracając głowę w stronę łóżka i zamykam oczy.
- Czy już zawsze tak będzie? Czy nikt mnie nie kocha? Dlaczego wszyscy mnie opuszczają? Teraz! Teraz kiedy tak potrzebuje czyjegokolwiek wsparcia!
Te ostatnie słowa wypowiedziane w pustkę, nicość i samotność wielkiego domu który i tak pozostaje obojętny na moje rozdarcie i cierpienie, były jedyną rzeczą która zakłóciła tę wwiercającą się w uszy i mózg nocną ciszę…
Mazia
Nastrój:
tagi:
Po pewnym czasie zmordowana szlochem zasypiam po raz kolejny. Tym razem sen okazuje się łaskawą pustką bez marów, widziadeł a tym bardziej bez wspomnień o Tobie… Budzę się znowu sama w pustym zimnym łóżku w którym tak brakuje mi Ciebie. Powstrzymuje jednak palące pod powiekami łzy. Nic trzeba jakoś z tym żyć… Wstaje przywitana chłodem w pokoju i w sercu. Coś trzeba z sobą zrobić… Tak trzeba zająć się sobą a nie myśleniem o tym co było i już nie wróci! Zacznę od zwykłych codziennych czynności. Pierwsze łazienka. Obmywam twarz wodą aby pozbyć się śladów po łzach na policzkach i podnoszę głowę patrząc w swoje lustrzane odbicie. Spoglądają na mnie bezdennie smutne szare oczy które nie wyrażają już uczuć… Są jakby martwe dwa puste okna w których nikt nawet firanki nie był łaskaw zawiesić… Przesuwam wzrokiem dalej na swoją szarą pozbawioną jakichkolwiek kolorów twarz... dochodzę do wniosku że nie warto na siebie patrzeć i odwracam się od tego groteskowego widoku już zmierzając w stronę kuchni. Włączam czajnik który po chwili ożywa wydając z siebie dziwne pomruki i powarkiwania… Przygotowuje kubek który dostałam kiedyś od Ciebie… znowu fala bólu i ciężar wspomnień przygniatają moje obolałe ciało…
- nie, nie, nie! Weź się w garść miałaś normalnie funkcjonować!!! – upominam samą siebie z ledwością powstrzymując falę łez ukrytych pod powiekami. Parę głębokich wdechów i powódź zostaje powstrzymana. Zastanawiam się tylko na jak długo…
Przygotowuje kawę czajnik pstryknięciem daje mi znać że już skończył swoją pracę gotowania wody. Zalewam kubek wrzątkiem i z lubością wdycham roznoszący się z naczynia aromat świeżej kawy. O dziwo nawet nikły wyraz uśmiechu przemknął leniwie przez moje usta. Siadam w salonie by tam delektować się moją ulubioną czynnością poranną czyli gorącą kawą i papierosem firmy reven. Ale nawet to nie przynosi mi pociechy bo wracają natrętne wspomnienia jak to razem spędzaliśmy takie poranki… Siadałeś wtedy obok, kładłeś rękę na mym ramieniu i tak delikatnie głaskałeś po plecach szepcząc do ucha banały od których przebiegał mi po kręgosłupie ciepły miły dreszczyk… Znowu tama łez musi być usilnie powstrzymywana bo przecież sobie obiecałam… I na co się zdają przyrzeczenia samej sobie skoro wszystko czym jestem co robię i gdzie idę przypomina mi Ciebie z tych najmilszych wspaniałych chwil które spędziliśmy razem? Nie, tak nie można! Dopijam kawę do końca która już jest słona od mych łez. Wycierając jedną ręką policzki z mokrych szlaczków drugą gaszę trzeciego nie do końca dopalonego revena.
- weź się w garść! – mówię sama do siebie a głos powraca do mnie odbitym od ścian echem.
Nagle dociera do mnie ta przerażająca pustka… Nie, nie można cały czas katować się wspomnieniami i myślami ale jak to zrobić skoro wszystko przypomina mi o Twojej obecności?
Trzeba się ubrać i zacząć coś robić żeby nie myśleć! Postanawiam i wykonuje!
Wkraczam do pokoju łaskawie rzucając spojrzenie na nie pościelone jeszcze łóżko, stojącą w kącie szafę i stolik na którym zostawiłam poprzedniego wieczoru niedopitą szklankę herbaty i plik listów z dawnych lat. Wzdycham ciężko usilnie próbując powstrzymać się od wspomnień, spuszczam wzrok i otwieram wrota szafy. Pierwszą rzeczą która rzuca mi się w oczy jest bluzka którą kupiliśmy razem… to znaczy pomogłeś mi ją wybrać… patrzyłeś na mnie wtedy z takim zachwytem i mówiłeś że pięknie w niej wyglądam… o tak potrafiłeś kłamać i udawać nie pierwszy raz zresztą już tak robiłeś… porywam bluzkę z wieszaka przyciskam do twarzy a z oczu leci fontanna łez…
- Nie! Nie! Nie! Te przeklęte myśli te obrazy to złudne szczęście! Nienawidzę siebie za to że nie umiem już normalnie żyć! Czy to zawsze już będzie tak bolało? Czy już zawsze wszystko będzie takie trudne??? Każda czynność każdy oddech każda myśl skierowana jest ku Tobie! A Ty tego nie chciałeś! tak po prostu okłamałeś, odtrąciłeś i karzesz mi z tym żyć wiedząc dobrze że nie umiem oddychać jak nie ma koło mnie Ciebie!!!
Znowu odpowiada mi tylko cisza… Koniec z rozklejaniem się! Nie patrząc zbytnio co biorę wyszarpuje wieszakom szafy jakieś ciuchy i szybko zakładam na siebie. Czuję tylko chłód i pustkę… nie wiem co teraz mam robić… Aha miałam się czymś zająć! Zacznę więc od zrobienia porządku z pościelą. Przebierając całkowicie zalaną łzami pościel staram się nie wspominać że w tym łóżku pod podobnym przykryciem…
- Nie będę się dręczyć – powtarzam sobie uparcie.
No skończone. Trzeba wziąć się za inne porządki.
Cały dzień spędziłam piorąc, zmywając, odkurzając, wycierając kurze, myjąc podłogi żeby w moim pustym domu do którego nikt nie przychodzi lśniło czystością. Dla relaksu po całych porządkach zaczęłam Rozmawiać z kwiatkami żeby usłyszeć ludzki głos, choćby mój własny…
Teraz zmęczona, rozleniwiona z filiżanką kawy rozprostowałam się w fotelu i wyciągnęłam z paczki kolejnego revena. Uch… Pracowity to był dzień muszę przyznać sama przed sobą. Cień uśmiechu przemknął przez moje usta. Odpalając papierosa spojrzałam za okno. Szarość wieczoru już ograniczała widzenie i tylko w oddali migały mdłe światła ustawionych w równym rządku latarni ulicznych a z bliżej widocznych rzeczy widać był tylko kontury drzew zupełnie obszarpanych z liści, delikatnie niby w rytm walca, kołyszących się przy niezbyt silnym jak na jesień wietrze… poczułam się taka samotna i opuszczona… zapadał coraz głębszy zmrok choć godzina była jeszcze niezbyt późna ale taki urok tej pory roku.
Starając się nie myśleć o niczym tylko delektować filiżanką kawy i dymem z papierosa patrzyłam tępo za okno. Zauważyłam jak blady sierp księżyca powolutku wychylił się z za chmur i wtłoczył bladosiną smużkę swego światła przez moje okno w głąb pokoju. Nie odrywałam wzroku przez parę godzin i nie myślałam o niczym widząc jak zaraz za księżycem pojedynczo jedna za drugą wyłaniały się beztrosko migające gwiazdy. Dopiero ból spowodowany trwaniem w jednej pozycji przez ten czas wyrwał mnie z błogostanu niemyślenia. Skrzywiłam się nieco i próbowałam rozetrzeć zdrętwiałe nogi.
Popatrzyłam na filiżankę w której zostały tylko fusy po kawie i czekając aż w łydkach ustanie przemarsz mrówczych wojsk sięgnęłam po papierosa i z lubością zaciągnęłam się dymem.
Kolejny dzień bez Ciebie jakoś minął choć wydawało się to tak niemożliwe…
Ciągłe wspomnienia zastąpiłam wykonywaniem bezmyślnie codziennych czynności ale ile czasu dam rady tak oszukiwać samą siebie?
Mazia
Nastrój:
tagi:
Jakiś dziwny szelest wyrwał mnie ze snu. Spojrzałam w sufit i usłyszałam tykanie zegara wiszącego na ścianie. Co to było? Nadstawiłam uszu ale nic do mnie nie doleciało. Wpatrując się w sufit leżałam tak dłuższą chwilę. Nic poza bladym światłem księżyca nie przedzierało się przez ciężkie zasłony. Odwracam się na bok gdzie leżysz dalej pogrążony w swoim śnie z lekkim uśmiechem na twarzy. Ogarnia mnie nieprzebyta fala czułości i miłości gdy tak na Ciebie patrzę… podciągam wyżej kołdrę żebyś w tę chłodną noc zbytnio nie zmarzł, przeczesuje włosy palcami i odciskam swoje usta na Twoim policzku wdychając przyjemny zapach męskiego ciała… Przeciągam się i mocniej przytulam do Twojego boku i tak trwam dłuższą chwilę mając nadzieję na jeszcze odrobinę snu który jednak nie chce nadejść… no trudno odwracam się na plecy… nic… dalej uparcie ogarnia mnie mrok i żaden szelest ani hałas nie dolatuje z nikąd… wiem już że na sen nie mam co liczyć więc postanawiam wstać i zaparzyć kawy. Próbuję znaleźć na podłodze jakąś część garderoby które wczoraj wieczorem w dziwnym nieładzie krążyły po podłodze… uśmiecham się na samo wspomnienie znajdując tylko Twoją koszulkę… no cóż na razie może być. Idę do kuchni nastawić wodę i przygotować kubek, ale wpada mi do głowy pomysł że miło było by wziąć poranny prysznic więc zalewam kawę wrzątkiem i po cichutku na paluszkach przemykam tak aby Cię nie obudzić do łazienki. Ciepła woda już spływa po moim ciele rozluźniając ostatnio zbyt często napięte mięśnie. Cóż za cudowne uczucie… opatulam się szlafrokiem który jeszcze pachnie cudownie Twoim ciałem i znowu cichuteńko przemykam do kuchni gdzie czeka na mnie gorąca parująca kawa i paczka revenów. Siadam przy oknie i wyglądam na zewnątrz. Szary świt osiada na dachach domów mgłą i osnuwa widoczne już lekko zarysy drzew. Nawet ptaki jeszcze nie śpiewają… zapalam papierosa i upijam łyk kawy delektując się moją ulubioną poranną czynnością… wspominam wczorajszy wieczór i uśmiecham się do swoich myśli jak kotek który dostał troszkę śmietanki. Wpadam na pomysł żeby odwdzięczyć się śniadaniem za kolację. Zabieram się do pracy robiąc to najciszej jak tylko mogę aby Cię nie obudzić. Przygotowuję takie kolorowe kanapeczki jak lubisz i dekoracyjnie układam je na talerzyku. Parzę kolejny kubek kawy dla Ciebie i dwie herbatki dla nas do śniadanka. Czuje się taka szczęśliwa mogąc to dla Ciebie przygotować że wydaje mi się iż unoszę się nad podłogą. Z miłością układam na tacy jedną z bukietu róż które mi wczoraj podarowałeś aby piękniej to wyglądało i już chwytam tacę w obie dłonie idąc na paluszkach w stronę pokoju gdzie śpisz. W pokoju unosi się jeszcze zapach naszej wczorajszej namiętności więc po cichutku uchylam okno i podchodzę do łóżka aby słodkim buziakiem przywitać Cię zbudzonego ze smacznego snu. Siadam na krawędzi chcę odchylić kołdrę którą Cię okryłam i w tym momencie przerażenie chwytanie za serce. Łóżko jest puste… Gdzie jesteś??? Rozglądam się po pokoju… szarobure światło poranka już na tyle wpada do pomieszczenie że nie ma dużej ilości ciemnych kątów ale nie widzę tu Ciebie. Sparaliżowana strachem zaczynam się zastanawiać czy przez przypadek nie przemknąłeś cichcem do łazienki. Podrywam się i biegnę aby to sprawdzić. Niema Cię. Szukam w całym domu gdzie znajduję tylko sprzęty i jeszcze zalegający w kątach mrok… jak to możliwe przecież tu byłeś ze mną obok we mnie gdzie jesteś teraz??? Padam na łóżko i zaczynam szlochać rozdzierający ból tkwi w klatce piersiowej i w głowie… zamykam oczy…
I wtedy budzę się po raz drugi mocno tuląc do siebie poduszkę. Ocieram zaschnięte na policzkach łzy… tak to tylko sen – wspomnienie… jednak potrafi dobić człowieka… odwracam się i nie umiem już powstrzymać szlochu bo wiem że już nigdy Cię nie będzie…
Mazia
Nastrój:
tagi:
Przez okno wpadała blada poświata księżyca lecz w kątach pokoju panował nieprzenikniony mrok. Obserwuje go siedząc skulona na łóżku a do mojej głowy w której panuje wir wdzierają się coraz to nowe myśli i obrazy o których nawet nie chce myśleć… wszystkie uczucia tańczą we mnie w jakimś dzikim nieprzeniknionym bezsensownym tańcu… mam już tego dosyć! Zatrzymajcie się myśli i uczucia czy nie widzicie jak mnie ranicie?!?!
Każde wspomnienie każda myśl o Tobie rozdziera z lubością wnętrze mojej psychiki każdy obraz wywołujący wspomnienia o Tobie rani z taką łatwością jak brzytwa przejeżdżająca po skórze…
Łapie się za oszalałą głowę próbując wytrząść z niej każdą myśl, wspomnienie i tęsknotę, która dotyczy Ciebie ale na łóżko spada tylko kilka osłabionych włosów delikatnie i cicho…
Wizje jednak tak łatwo nie chcą opuścić mej zmęczonej już psychiki i nadal z lubością ją ranią… Pytania wkłuwają się jak szpilki… Z nadzieją że odejdą i zostawią mnie już w spokoju zaczynam je wykrzykiwać w ciszę i ciemność pokoju – dlaczego nie ma Cię przy mnie? Dlaczego tak mocno Cię pokochałam a teraz muszę być sama? Co źle zrobiłam?
Odpowiada mi tylko echo mych własnych słów odbijających się po pokojach. Żadnej konkretnej odpowiedzi… no tak przecież Ciebie tu nie ma…pytania nadal wracają ze zdwojoną siłą i większą ochota by mnie sobą katować…
Już naprawdę brakuje mi sił… wstaje z łóżka by przejść się po domu. Może wtedy znikną jak bańka mydlana kiedy znajdę w tych pustych pokojach jakieś zajęcie?
Krążę po domu jak myszołów szukający zdobyczy i nie widzę żadnego punktu zaczepienia…
Salon odstrasza kantami mebli które w mroku groźnie wyglądają – nie nic tu nie znajdę. Kuchnia przeraża wizją tych wszystkich ostrych narzędzi jakie się w niej znajdują – nic tu po mnie za bardzo się tego boję… Naglę w oko rzucają mi się drzwi na strych… otwieram je powoli i zaczynam wspinać się delikatnie po stopniach na górę… zapach staroci i wspomnień z dzieciństwa otacza mnie jak miękki kocyk nagle zarzucony na ramiona… jednak gdy docieram na górę czuję się jakby ktoś nagle zabrał koc i przenika mnie nieopisany chłód który zaczyna się w sercu i zamraża po kolei każdą część ciała i świadomości… W nikłym świetle księżyca widzę te wszystkie rzeczy które były kiedyś Twoje… Panika ogarnia mnie cała więc odwracam się i uciekam jak zając przed lisem nie patrząc pod nogi nie widząc stopni dopadam drzwi i z wielkim trzaskiem zamykam je przekręcając klucz w zamku jakby te wszystkie zgromadzone tam rzeczy miały mnie gonić…
Opieram się o drewnianą powierzchnię zamknięcia i próbuję uspokoić oddech i oszalałe już myśli. Niestety na próżno. Po chwili postanawiam wrócić do swojego pokoju więc idę na drżących nogach. Mój pokój jest prawie pusty. Aby nie katować się wspomnieniami zostawiłam tam tylko łóżko i jedną szafkę… aby nie wydawał się taki pusty kiedyś wstawiłam też duże lustro aby wyglądało że jest tu coś jeszcze… Może ktoś jeszcze… teraz już sama nie wiem po co…Chyba wydawało mi się że tak będzie mi łatwiej zapomnieć o Tobie a jednocześnie nie czuć się samotną. Siadam na łóżku i patrzę na odbicie w lustrze… widzę w nim okno oraz wpadającą przez nie poświatę księżyca… Wygląda niczym ścieżka po to by po niej przejść na drugą stronę szklanej tafli… Wstaję i podchodzę do lustra… Dziwne odbicie mnie samej ukazuje się moim oczom… stoję tyłem do okna ale księżyc swym słabym blaskiem obejmuje mą twarz niczym delikatne dłonie… Wspomnienia w mej głowie nadal szaleją boleśnie i dotkliwie raniąc jednak sama świadomość opiera się tylko na odbiciu… na przemian trzęsę się z zimna i pocę z gorąca… kolejna myśl wdziera się do głowy którą wykrzykuje w odbicie z irracjonalną nadzieją że ono mi odpowie – jak zatrzymać te bolesne wspomnienia? co zrobić by przestały mnie ranić?? jak pozbyć się tego bólu???
Po raz kolejny odpowiada mi tylko echo pustego pokoju…
Opadam bezwiednie na kolana i zaczynam rozdzierająco szlochać z targającego mnie bólu i bezsilności… przecież dobrze wiem że nie wrócisz i to tak bardzo mnie rani…
Przez głowę przemyka kolejna myśl w sumie bez sensu – kuchnia….
Podrywam się na równe nogi i biegnę w to miejsce którego wcześniej się tak wystraszyłam, porywam z niego nóż i wracam przed lustro. Patrzę znów na siebie i stwierdzam że jestem strasznie blada, mam okropnie podkrążone na sino oczy a długie rozpuszczone włosy oblepiają mi wychudzony owal twarzy z wystającymi policzkami… krzyczę do odbicia – koniec bólu! koniec wspomnień! koniec uczuć szalejących we mnie! Ja chce w końcu poczuć spokój i ciszę!
Po tym okrzyku podnoszę nóż do nadgarstka i wykonuje powolne precyzyjne cięcie po czym przekładam narzędzie do drugiej ręki i robię to samo… Patrzę na to jak na przedstawienie. Nóż wyślizguje się z mojej ręki i z tępym łoskotem upada niedaleko moich stóp… patrzę bezmyślnie na to po czym spoglądam na swoje nadgarstki - moje ręce są całe w czerwonej cieczy…. krew wolno spływa w dół i kapiąc zabrudza moje spodnie i podłogę… tworzy się kałuża pod nogami… kap kap… kałuża powiększa się i zaczynam czuć jak z mojego ciała uchodzi życiodajny płyn… zaczynam czuć ból który pierwsze rozprzestrzenia się od rąk do barków po czym chwyta żelaznym uściskiem moje serce… wspomnienia i tęsknota gasną wraz z moim odbiciem… ból fizyczny przechodzi coraz wyżej na głowę gdzie eksploduje siła migrenicznych spazm hukiem i siłą burzy jednocześnie… rany palą jak żywy ogień… spoglądam na odbicie które robi się coraz bledsze i bledsze… oczy powoli gasną i stają się przezroczystoszkliste… czuję już ból w każdym kawałku swojego ciała i stwierdzam że psychika jest już martwa… Pytania i wspomnienia które kiedyś znajdowały się w mojej głowie znikają jakby w wielkiej otchłani… już nie wiem o czym myśleć nie wiem jak się myśli co znaczy wspomnienie… nie wiem już dlaczego tęskniłam i jaki to był ból… patrzę nadal na swoje odbicie które nie ma już w sobie ani odrobiny płynu z rozprutych żył nie ma już nawet co kapać…. Oglądam ostatni swój oddech widzę jak upadam nie mogąc utrzymać się już na nogach gdyż mięśnie odmawiają mi posłuszeństwa… patrzę na swoją postać leżącą w kałuży krwi i gasnącą… włosy rozsypane pozlepiane czerwonym płynem który do końca wylał się na podłogę i oczy dwa puste okna w których nie ma już życia… odwracam się od lustra w którym leży moja postać… jakie to dziwne uczucie nie czuć…to takie piękne nie mieć już w sobie tego bólu. Podchodzę do łóżka i delikatnie na nim siadam. Nie wiem już o czym myślałam wiem tylko co zrobiłam – zabiłam. Zabiłam wszystkie swoje myśli wspomnienia i uczucia względem Ciebie choć nie wiem kim byłeś dręczycielu mej psychiki… czuję się teraz taka pusta i inna…
może to jakaś droga do nieodnalezionego szczęścia? Nie wiem… teraz tylko chce spać bo w końcu słyszę tylko upragnioną ciszę. Opadam na łóżko delikatnie i zgrabnie by pozostać tak w tej samej pozycji długi czas w pustym domu…
Mazia
Nastrój:
tagi:
Ciemność dookoła mnie…Nawet blady księżyc ani żadna gwiazda nie rozjaśniają mroku tej nocy… nie widzę nic tylko czuje jak z mych czarnych skrzydeł ludzie którym ufałam których kochałam wyrywają mi pióra abym nie mogła polecieć… poznaje ich po głosach… za każdą stratą kolejnego z mych piór słyszę jak mówią że mam tu zostać że tam gdzie chciałabym być to nic nie ma... dolatują mnie ich rozmowy w których mowa jest o tym że jestem do niczego że nic dobrze nie potrafię zrobić… i jak mam istnieć z tą świadomością i jak mam odlecieć na okaleczonych skrzydłach? Co zrobić ze sobą?
Siedząc podciągam kolana pod brodę jeszcze bliżej niż wcześniej i czuję jak skapują mi z policzków łzy strachu i żalu… jedyna myśl to odlecieć byle dalej nawet jeśli nic nie ma ale nie mogę tego zrobić bez moich piór…. Rękami szukam ich po podłodze może coś znajdę chociaż parę sztuk… są na kupce… bardzo dużo ich straciłam… ludzie odeszli nawet się na mnie nie oglądając zadowoleni że uziemili mnie w miejscu. Klękam aby zabrać się do mozolnej i bolesnej pracy wtykania z powrotem na miejsce straconych piór…
Pomimo szczerych chęci i dokładności z jaką naprawiam swoje skrzydła wiem że nigdy nie będą w takim stanie jak przed okaleczeniem… Płacze nad nimi choć czuje że w oczach nie została mi już ani jedna łza… szlocham i pragnę by ktoś mi w tym pomógł jednak mam tą świadomość że nikt nie przyjdzie… po dołączeniu do skrzydeł wszystkich piór jakie udało mi się znaleźć próbuje je rozłożyć i sprawdzić czy mnie uniosą…. Udało się… teraz musze nabrać trochę sił przed lotem gdyż ból mnie wyczerpał fizycznie… Kładę się na zimnej ziemi aby odpocząć jeszcze chwilkę i zwijam się w małą kulkę nakrywając skrzydłami w ochronie przed wszechogarniającym chłodem… Zamykam oczy i w momencie zapadam w czujny sen aby się trochę zregenerować… nie śni mi się nic gdyż tak pustej osobie jak ja nawet mary nocne się nie ukazują…nagle słyszę jakiś szelest. W momencie podrywam się na równe nogi czując w sercu ogromny strach. Nadstawiam uszu aby wiedzieć skąd dobiegł mnie ten szmer i w którą stronę ewentualnie uskoczyć by nie dopadł mnie żaden cios…. Nic… cisza… wydawało mi się to tylko? Przykucam delikatnie będąc dalej w gotowości do szybkiej ucieczki… cisza jaka zapanowała wokół mnie jest przerażająca… myśli które zaczęły wirować w mej głowie są nie do zniesienia… znów słyszę ten szelest i znowu podrywam się jednak tym razem od razu uciekam… pierwsze biegnę co sił w nogach odwracając się co chwila sprawdzając czy ktoś za mną jest… nagle dostrzegam w ciemności zarys sylwetki która podąża za mną. Nie namyślając się wiele podbiegam do skał odbijam stopę od ziemi wyskakując w górę nad przepaść by odlecieć na drugą stronę. Rozwijam skrzydła i szybuję już czując się troszkę bezpieczniej w objęciach powietrza gdyż mam świadomość że tylko tak mogę uciec… słyszę głos osoby która za mną podążała wołającą moje imię ale nie odwracam się skuta strachem. Czuję jednak że postać została na skraju i już mnie nie dopadnie. Gdy jestem w połowie drogi naglę słyszę trzask… to moje skrzydła łamiące się jak zapałki… i czuję że nie jestem bezpieczna w powietrzu gdyż nie dolecę na drugi brzeg. Orientuję się że zaczynam spadać zamiast lecieć do przodu… Moje poranione skrzydła nie są w stanie utrzymać mnie nie mam żadnej możliwości poza spadaniem w dół… serce ogarnia strach ogromny brakuje mi od niego powietrza w płucach… spadam… myśli wariują w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania beznadziejnej sytuacji jednak świadomość że nic nie mogę na to poradzić coraz bardziej przebija się przez rozpędzone myśli i w mej głowie pozostaje jedynie strach i pytanie dlaczego ludzie potraktowali moje skrzydła tak okrutnie? Dlaczego nie chcieli bym latała?... zamykam oczy i czuje spotkanie z ziemią… tracę przytomność… jednak dosyć szybko z błogiego stanu nieświadomości wyrywa mnie ostry ból który trawi każdy milimetr mojego ciała… otwieram oczy i ukazuje mi się wyłaniający się zza chmury blady księżyc jak widz który spóźnił się na widowisko. Jego blada poświata oświeca moje dziwnie powyginane ciało leżące na dnie. Ból jest nie do opisania nie mogę ruszyć niczym nawet malutkim paluszkiem… czuję jak do oczu napływają mi łzy żalu nad sobą i czuję jak z ran odpływa mi krew tworząc ciepły kontrast z zimną ziemią… czuję że to ostatnie moje chwilę na ziemskim padole… z minuty na minutę czuję jak gasnę. Ostatnie myśli jakie przychodzą mi do głowy to o dziwo nie strach lecz poczucie ulgi – może w ten sposób w końcu ucieknę od tego co tak boli? Słyszę jeszcze jakiś szmer i czuję tupot biegnących stóp odbijających się echem od ziemi i wpadających drżeniem do mego ciała…
Jednak już się nie boję już nikt nie zrobi mi krzywdy… zamykam oczy i powoli odpływam.
Jak przez mgłę kojarzę że ktoś przyklęknął obok… ostatnie słowa jakie słyszę przed nicością brzmią –mam resztę Twoich piór chciałem Ci pomóc… wołałem…
Mazia
Nastrój:
tagi:
"Kryształowy dwór
Witrażowy mrok
Dwie fontanny źródlanych wód
Hipnotyczny szum.
W kropli mej ziarna złota.
Wypij mnie a będzie tak:
Pełny brzuch, palce w miodach
Złoty król niech żyje nam.
Druga woda lód
Diamentowy szok
Nenufary wychodzą z ust
Przeźroczysty głos.
W kropli mej wdzięk uroda
W kropli mej stara baśń
Pełna krwi, wiecznie młoda
To twój sen?
O kurwa mać.
W kropli mej wdzięk uroda
W kropli mej stara baśń
Pełna krwi, wiecznie młoda
Wieczny sen niech żyje nam."
Roman Kostrzewski
Mazia
Nastrój:
tagi:
Design:
Szamanka tylko i wyłącznie dla
Mazia